Analiza Wschodu
Zrozumieć Rosję

„Swoich nie porzucamy”: historia repatriantów staroobrzędowców

„Swoich nie porzucamy". To zdanie maluje się na burtach rosyjskich czołgów od 2022 roku. To uzasadnienie wojny, ujęte w trzy słowa. Doktryna państwa, które tłumaczy inwazję troską o swoich.

Chcę opowiedzieć o ludziach, którzy są „swoi" w sensie najbardziej dosłownym. Rdzennie rosyjscy. Prawosławni starego obrządku. Mówiący językiem, jakim mówiono w rosyjskiej wsi przed rewolucją. Państwo samo ich zaprosiło — po specjalnym programie, z uproszczonym obywatelstwem, ziemią i kredytami. Wrócili. A potem zostali sami.

Wiemy o nich, bo przez sześć lat przyglądał im się Aleksiej Pivovarow — rosyjski dziennikarz z trzema milionami subskrybentów, twórca kanału Redakcja. Nie zachodni think-tank, nie polityk, nie emigracyjny aktywista pierwszego szeregu. W 2022 roku Moskwa wpisała go na listę „agentów zagranicznych", a on mimo to pracuje z samej Rosji. Temat trzyma etnograficzny i chłopski, nie wprost polityczny — i ani razu, w żadnym z czterech filmów, nie wymawia nazwiska Putina, kiedy mówi o tym, jak wojna uderza w jego bohaterów. To dziennikarska dyplomacja kogoś, kto pisze o Rosji, nie wyjeżdżając z niej. Polskie audytorium prawie jej nie widzi.

Oś czterech filmów Redakcji: Brazylia w 2020 roku, zniknięte wsie w 2021, przesiedlenie na Daleki Wschód i grant 50 mln rubli w 2022, a w 2026 — granica bankructwa i kredyt z 5% podniesiony do 30%.
Źródło: kanał Redakcja (Aleksiej Pivovarow), filmy 2020 · 2021 · 2022 · 2026.

Cztery filmy, sześć lat. Pierwszy w 2020 — Brazylia, dziesięć milionów wyświetleń. Drugi w 2021 — o tym, dokąd zniknęły rosyjskie wsie. Trzeci w 2022 — pierwszy rok przesiedlenia na Daleki Wschód. Czwarty w czerwcu 2026 — pięć lat później, film, do którego ten tekst zmierza. Razem dają coś rzadkiego: nie migawkę, lecz powrót do tych samych ludzi po latach. Zachód rzadko tak robi — traci ciągłość narracji. Pivovarow wracał trzy razy.

Zdrada jednostek to za wąskie słowo na to, co im się przydarzyło. Chodzi o strukturę — a żeby ją zrozumieć, trzeba cofnąć się o sto lat.

Rosja, której już nie ma

Zacznijmy od filmu, który chronologicznie jest w środku, a logicznie — na początku wszystkiego.

Opuszczona chata z bali z zapadającym się dachem za połamanym płotem; w obejściu studnia i wóz.
Grafika poglądowa*

W urochiszczu Lichaczewo, sto kilometrów od Moskwy, stoją ruiny cerkwi Mikołaja Cudotwórcy. Przed rewolucją mieszkało tu ponad tysiąc osób. Dziś — nic. To wzór typowej postsowieckiej rosyjskiej wsi: brak.

Liczby. W 1917 roku 85% ludności Rosji mieszkało na wsi. Dziś rolnictwem zajmuje się około 10%. Między tymi dwiema liczbami leży rozkułaczenie i kolektywizacja lat 1929–1932. Zesłano wtedy 381 tysięcy rodzin kułackich — ponad 1,8 miliona ludzi. Łącznie, według historyków, których cytuje Pivovarow, rozkułaczono pięć do sześciu milionów chłopskich rodzin. To największa represja sowiecka, o której mówi się najmniej. Powód jest prosty i brutalny: chłopi nie pisali pamiętników.

Po lewej spadek z 85% ludności Rosji mieszkającej na wsi w 1917 roku do ~10% pracujących dziś w rolnictwie. Po prawej represja, która je rozdziela: 381 000 zesłanych rodzin kułackich, ~1,8 mln osób w pierwszej fali, 5–6 mln rozkułaczonych łącznie.
Źródło: W. Ziemskow (dane spiecposiołków); szerszy szacunek za W. Smirnowem (film Redakcja, 2021).

Kim był kułak? Mit kułaka-lichwiarza to propaganda partyjna. W praktyce kułak to był człowiek z dwoma końmi, kilkunastoma sztukami bydła, paroma najemnymi rękami w żniwa. Rabotiaga, człowiek pracy. Sowiecka władza rozszerzyła to słowo na każdego, kto miał inicjatywę, najemnika albo dzierżawę — i na księży.

A teraz najważniejsze: dlaczego. Bo to wyjaśnia całą resztę. Kolektywizacja wynikała z industrializacji. Państwo potrzebowało zboża, żeby sprzedawać je za walutę i kupować zachodnie fabryki. Wielki kryzys 1929 zamknął kredyty — Zachód nie pożyczał, sami zaawansowanych technologii nie produkowali. Zostawała konfiskata żywności jako waluta. Stalin, w zapisie Kamieniewa, ujął to bez ozdób: „Kapitalizm rósł albo dzięki koloniom, albo pożyczkom, albo wyzyskowi robotników. Kolonii nie mamy, pożyczek nam nie dają — więc naszą podstawą jest danina z własnego chłopstwa".

Danina z własnego chłopstwa. Swoi jako surowiec. I relacja starsza niż bolszewicy. W patrymonialnej Rosji, którą opisał Richard Pipes, chłop nigdy nie był obywatelem — był zasobem państwa, własnością tronu na równi z ziemią. Rewolucja nie wymyśliła daniny. Odziedziczyła ją.

Była inna droga. Zniesienie pańszczyzny w 1861 roku uwolniło chłopów, ale ziemię przyznało nie człowiekowi, lecz gminie — wspólnocie wiejskiej (obszczinie); chłop pozostał przywiązany do niej wykupem rozłożonym na blisko pół wieku. Brakującego kroku — wyjścia we własność — dopełniła dopiero reforma Stołypina z 1906 roku, która po raz pierwszy realnie pozwalała opuścić gminę i założyć własne gospodarstwo, chutor, i która skasowała opłaty wykupne. Historyk Smirnow w filmie Pivovarowa stawia tezę kontrfaktyczną twardo: „Gdyby reformę Stołypina doprowadzono do końca, żaden Październik nie mógłby się wydarzyć". Tej drogi nie dokończono. Wybrano daninę.

A chłopi nie poddali się bez walki — i to jest część historii, której w Polsce prawie się nie zna. Gdy bolszewicy zaczęli zabierać zboże siłą, wieś chwyciła za broń. Powstanie tambowskie 1920–1921 wystawiło chłopską armię liczącą do siedemdziesięciu tysięcy ludzi; Armia Czerwona stłumiła je gazem bojowym, na rozkaz Tuchaczewskiego, rozstrzeliwując około piętnastu tysięcy i zsyłając rodziny do obozów. A to była dopiero zapowiedź. W samym 1930 roku, u szczytu kolektywizacji, OGPU naliczyło 13 754 masowych wystąpień chłopskich — blisko dwa i pół miliona uczestników. Wieś nie była bierna. Została zmiażdżona.

Gdzie opór był najtwardszy, kara była najcięższa. Na Kubaniu zbuntowane stanice kozackie wpisywano na „czarne tablice" — całkowita blokada żywności, kordon wojska, zakaz wyjazdu ze wsi. Otoczoną i ogołoconą stanicę skazywano w ten sposób na śmierć głodową; głód przestawał być klęską, a stawał się narzędziem. Z Kubania i Kaukazu Północnego zesłano około trzystu tysięcy ludzi, a wielki głód lat 1932–1933, którego sercem była Ukraina — Hołodomor — zabił miliony, w tym, według badaczy, do trzech i pół miliona na samym Kaukazie Północnym, głównie na Kubaniu. Rozkozaczenie i kolektywizacja to jedna i ta sama danina, ściągnięta do ostatniego ziarna.

Trzy karty oporu chłopskiego i terroru: powstanie tambowskie 1920–1921, stłumione gazem bojowym; bunt przeciw kołchozom w samym 1930 roku, odnotowany przez OGPU; Kubań i Hołodomor 1932–1933 z „czarnymi tablicami” i kordonem wojska.
Źródło: historiografia akademicka; OGPU (1930); Muzeum Hołodomoru. Ofiary ≠ deportowani.

Zapamiętajmy ten mechanizm: kiedy państwo staje przed wyborem między rozwojem inicjatywy a wyciśnięciem jej dla wyższego priorytetu — wybiera wyciśnięcie. Ten odruch nie należy do jednego przywódcy, lecz do całej struktury. Wrócimy do niej za sto lat, na sojowych polach Primorja.

Rosja zachowana na obczyźnie

Tych chłopów, których w Rosji zlikwidowano, można było w 2020 roku zobaczyć żywych. W Brazylii.

Starobrzędcy uciekali falami. Po raskole Nikona w XVII wieku — na wschód. Po 1917 — do Chin. Po dojściu komunistów w Chinach — do Brazylii, Boliwii, Argentyny. W Ameryce Południowej zapuścili korzenie i zachowali to, czego w ojczyźnie już nie było: język z początku XX wieku, wiarę, strukturę wspólnoty i — to jest sedno — kułackie, niemal protestanckie myślenie ekonomiczne.

Pivovarow w pierwszym filmie mówi to wprost dwa razy: przyleciałem nie do Brazylii, przyleciałem do Rosji. Do tej, która zniknęła sto lat temu wraz z rewolucją.

Najmocniejszy dowód to gleba. Ziemia w stanie Goiás w latach 70. była bezwartościowa — kwaśna, agronom orzekał, że pod zasiew się nie nadaje. Starobrzędcy sprowadzili wapno z Parany, tysiąc dwieście kilometrów, i przez dwadzieścia lat ją odkwasili. Dziś ziemia w Goiás jest droższa niż w Paranie. Soja — trzydzieści sześć centnerów z hektara w 2020 roku, pięćdziesiąt dziś. Ojciec jednego z gospodarzy powiedział kiedyś synowi: za dziesięć lat ta ziemia będzie warta tyle co tutaj albo więcej. Trwało to dwadzieścia. Ale stało się.

To jest dwudziestoletni cykl inwestycyjny. Myślenie w pokoleniach, nie w sezonach. Etnografka Olga, którą cytuje Pivovarow, nazywa rzecz po imieniu: „Samodzielność — którą władza sowiecka dobiła do zera".

W jednym kraju ją dobito. W drugim — przetrwała w kilkudziesięciu rodzinach. I oto te rodziny postanowiły wrócić.

Powrót

Od lat dziesiątych XXI wieku część starobrzędeckich rodzin zaczęła wracać do Rosji po programie przesiedlenia rodaków, dostosowanym specjalnie pod nich: uproszczone obywatelstwo, ziemia na Dalekim Wschodzie, kredyty rolne. W 2017 roku Putin spotkał się z metropolitą Korneliuszem, zwierzchnikiem Rosyjskiej Prawosławnej Cerkwi Staroobrzędowej — i program przyspieszył. Gubernatorzy zaczęli wkraczać osobiście. Abraham Kaługin, główny bohater całego cyklu, dostał osobisty numer do gubernatora Primorja.

Warto się tu zatrzymać. Państwo używa mniejszościowej Cerkwi jako narzędzia miękkiej siły. Zdjęcie z metropolitą, przyspieszony program, telefon do gubernatora — to wszystko jest symbolika powrotu swoich. Swoi wracają do domu. Wizerunkowo bezcenne. W skali kraju to garstka: do Primorja przyjechało ponad pięćdziesiąt rodzin z Brazylii, Urugwaju, Boliwii i USA, około setki dzieci. Tyle wystarczy na telewizyjną opowieść o historycznej ojczyźnie.

W 2019 roku, na spotkaniu we Władywostoku, Putin osobiście obiecał tym ludziom specjalne wsparcie — kredyty na dwa procent rocznie z odroczeniem spłaty. Dokładnie model brazylijski. Pięć lat później z tych dwóch procent zostanie trzydzieści.

Abraham wjechał do wsi Żarikowo latem 2021 roku. Dwa miesiące szukał miejsca, objechał kraj, wybrał wieś o starobrzędeckim rodowodzie. Mówił, że czuje się jak w domu, choć nigdy tu nie mieszkał. On i Polikarp Anfiłofiejew dostali grant — pięćdziesiąt milionów rubli, bezzwrotne, na technikę, pod warunkiem podnoszenia plonów o dziesięć procent rocznie.

Zagroda na skraju pola soi o świcie; w głębi pracuje kombajn.
Grafika poglądowa*

Najczystszy głos tego etosu to nie Abraham, lecz Agrippina, serowarka spod Błagowieszczeńska, która przyjechała z Boliwii. Czterdzieści pięć do osiemdziesięciu kilogramów sera dziennie, trzy osoby, dwudziestogodzinne doby. Powiedziała jedno zdanie, które warto powiesić nad każdą rozmową o rosyjskiej mentalności: „Przyjechałam z kraju, gdzie nikt nikomu nigdy nic nie daje. A tu ludzie z jakiegoś powodu wiecznie czegoś od państwa czekają".

To jest antypaternalistyczny etos w czystej postaci. Wzięłaś ziemię — masz na nią plan. I właśnie ten etos za chwilę zderzy się ze ścianą.

Zderzenie

Drugi film, rok 2022, cztery miesiące po inwazji. Obok entuzjazmu Abrahama Pivovarow pokazuje rodzinę, która przyjechała dekadę wcześniej — Murycewów z odciętej od świata wsi Dersu. I tu pada słowo, które Pivovarow ukuł i które warto zapamiętać — nie dlatego, że wyjaśnia, lecz dlatego, że obnaża pułapkę: russkaja chtoń, rosyjska chtonia. „Dlaczego rosyjskim ludziom tak trudno się ze sobą dogadać, dlaczego zawsze wylewa się to w stos zupełnie zbędnych konfliktów" — pyta, i sam przyznaje: „Nieczęsto się zdarza, że nie mam nic do powiedzenia o przyczynach — ale tych do dziś sam dla siebie nie zrozumiałem".

Zatrzymajmy się na tym. Oto bystry, myślący strukturalnie rosyjski dziennikarz — a stojąc nad konkretnym oszustwem i konkretnym długiem, sięga po „chtonię", mgliste fatum rosyjskiej duszy. Nie jest to jego słabość, lecz odruch, który Rosjanie dzielą z Zachodem: tłumaczyć Rosję jej tajemnicą, kiedy kończy się cierpliwość do instytucji. Mit „Rosji nie do pojęcia" jest tak skuteczny, że łapią się w niego nawet ci, którzy znają ją od środka.

A wystarczy spojrzeć niżej. To, co brzmi jak fatum, ma konkretne nazwiska: sąd, który staje po stronie silniejszego, bank, który podnosi pięć procent do trzydziestu, układ, w którym inicjatywa jednego zamienia się w kapitał drugiego. Żadna chtonia — struktura. I zaraz ją widać.

Co się stało Murycewom. Truto im krowy. Dwa razy podpalono dom — sprawę zamknięto, „dzieci się bawiły". Ale najważniejszy jest Michalow. Biznesmen z Władywostoku, sam podający się za starobrzędca, namówił ich na wspólny biznes — leasing techniki, kredyty, kooperatywę. Cała biurokracja po jego stronie, Murycewowie tylko pracowali. Kiedy kredyty zaczęły padać, okazało się, że to oni są wpisani na sto czterdzieści milionów rubli długu. Michalow do sądu: zabieram wszystko. Jelisiej Murycew zmarł na zawał ze stresu na początku 2022 roku. Długi przeszły na synów.

To jest figura, którą warto nazwać: postsowiecki biznesmen-drapieżnik, który inicjatywę przybysza zamienia we własny kapitał, a ryzyko zostawia jemu. Pivovarow komentuje krótko: Primorje, wszyscy pamiętamy, co się tu działo w latach dziewięćdziesiątych.

I jeszcze jeden obraz z tego filmu, bo mówi o systemie więcej niż dziesięć analiz. Żeby pomoc dotarła do starobrzędców w Dersu w 2017 roku, do wsi musiał przylecieć śmigłowiec wiceprezesa Rosniefti z czterdziestoma pięcioma milionami rubli na technikę. W gigantycznym państwie, żeby pomoc dotarła do kilkudziesięciu rodzin, potrzebny jest helikopter naftowego koncernu. Pomoc działa tu nie jak system, lecz jak loteria patronatu.

Pięć lat później

Czerwiec 2026. Pivovarow obiecał wrócić po trzech latach, wrócił po czterech. A na kilka miesięcy przed jego przyjazdem stało się to, czego w 2022 nikt nie chciał głośno powiedzieć: Abraham Kaługin i kilku innych przyjechali do Moskwy prosić o pomoc. Nie o pieniądze. Nie o umorzenie. O rozłożenie restrukturyzacji długu w czasie. Nagrali też publiczny apel — między innymi do Germana Grefa, prezesa Sbera — który obiegł rosyjskie media: The Moscow Times, RTVI, prasę przymorską. Tej historii nie znamy więc wyłącznie z filmu Pivovarowa; to udokumentowany, niezależnie opisany kryzys.

Bilans Abrahama po pięciu latach: siedemnaście milionów rubli długu plus dwadzieścia trzy miliony kredytu inwestycyjnego. W 2024 roku przyszła powódź — czterdzieści dni deszczu, biblijne czterdzieści dni — i soja nie urodziła. To nie był wyłącznie jego pech: ulewy zniszczyły uprawy w całym Primorju, gdzie soja to dwie trzecie zasiewów, a do strat doszły niskie ceny światowe i dwudziestoprocentowe rosyjskie cło eksportowe. Kredytu nie było z czego spłacić. Rossielchozbank zgodził się na restrukturyzację, Sber nie. „Tracę wszystko, absolutnie wszystko" — mówi Abraham o tym, z czym przyjechał w 2021.

Kombajn na polu pod chmurą ułożoną ze stosu papierów, z której pada deszcz.
Grafika poglądowa*

Denis Kuzniecow wziął kredyt na pięć procent. Pod warunkami. Kiedy po nieurodzaju zaczął nie wyrabiać z terminami, kredyt przeskoczył na trzydzieści procent. I nie był to pojedynczy przypadek: w relacjach z początku 2026 roku wszyscy ci rolnicy mówią o stawkach „powyżej trzydziestu procent rocznie", a o obiecanych dwóch procentach z 2019 roku nikt już nie wspomina. Łącznie rodzina ma sześćdziesiąt milionów rubli zobowiązań. Soja na rynku światowym tania, Chińczycy nie kupują, Brazylia ma nadprodukcję. Kombajn z bunkrem za prawie sześćdziesiąt milionów „wygląda jak złoty".

I tu wracają wszystkie wątki naraz. Denis Kuzniecow, patrząc na własne kwaśne pola dające osiemnaście centnerów soi z hektara tam, gdzie Brazylia daje pięćdziesiąt, mówi to, co ćwierć wieku temu zrobiła Brazylia: „W Brazylii dawali kredyt na 2 procent rocznie, na 15 lat, na odkwaszanie gleby. I to pomogło podnieść plony, i pomogło rolnikom się wzbogacić. Myślę, że taki plan przydałby się całej Rosji".

Program odkwaszania gleby istniał w ZSRR. Brazylia ma go dziś. Rosja — nie. Nie dlatego, że nie potrafi. Związek Radziecki potrafił, Brazylia potrafi, gospodarka znacznie biedniejsza od rosyjskiej potrafi. Zdolność jest. Nie ma decyzji. A to znaczy, że brak nie jest losem — jest wyborem. Tym samym wyborem, który sto lat wcześniej kazał wyciskać daninę zamiast budować chutory.

Po lewej plon soi: 50 centnerów z hektara w brazylijskim odczycie z filmu, 36 w Brazylii w 2020 roku, ~18 w Rosji. Po prawej kredyt rolny: obiecane 2% na 15 lat wobec realnych 30% w 2026 roku.
Źródło: film Redakcji (2026); relacje rolników — The Moscow Times, RTVI (2026); średnie krajowe — CONAB, dane branżowe RF. Obietnica 2% nie została zrealizowana.

Najmłodszy, trzydziestoletni Kalin Kuzniecow, osiadł w wymarłej wsi Gruszowoje — pięćset metrów od pól, nikt nie przeszkadza. Ktoś dosypał mu przez korek piasku z popiołem do silnika traktora. Silnik się zatarł. Pięćset tysięcy rubli naprawy. Wcześniej strzelano mu w szyby z wiatrówki. Policja „wie kto, ale nie powie". Kalin tłumaczy to jednym zdaniem, które jest tytułem niewidzialnego rozdziału całej tej historii: „W Rosji nie lubią inicjatywnych". Pivovarow dorzuca: był o tym osobny odcinek.

W tle — wojna. Miejscowi młodzi pojechali na front, wieś się wyludnia jeszcze szybciej. Wielkie holdingi rolne zarabiają, mali nie. Wojsko zagłusza GPS, więc starobrzędcy wracają do znaczenia rzędów łańcuchem, metodą sprzed stulecia. A synowie starobrzędców na razie nie idą do wojska — dzięki listowi metropolity Korneliusza do Ministerstwa Obrony, z nazwiskami, co pół roku. Tylko że, jak mówią sami, program „za każdym razem zaczyna zwalniać". „W Moskwie mają się czym martwić przy całej tej sytuacji" — kwitują. Ochrona, która zależy od jednego listu i jednego spotkania z 2017 roku, jest dokładnie tak trwała, jak uwaga państwa, które ma teraz inne priorytety. Swoi są bezpieczni dopóty, dopóki są wygodni.

Nie wszystko jest rozpadem. We wsi Dersu, stuprocentowo starobrzędeckiej, jest tylko jeden telefon — taksofon podpięty do anteny satelitarnej. Mieszkańcy świadomie nie chcą, żeby państwo postawiło maszt komórkowy. Pivovarow zwraca się wprost do operatora: „Jeśli słyszą nas teraz przedstawiciele Rostełekomu — bardzo prosimy, nie wyłączajcie tego taksofonu, bo pomaga starobrzędcom zachować ich hermetyczność". Wieś rośnie, stawiają nowe domy, dom modlitewny działa codziennie. Cyfrowy detoks jako warunek przetrwania kultury.

Antena satelitarna zamontowana na starej budce telefonicznej przy polnej drodze; za nią opuszczone chaty i las.
Grafika poglądowa*

Ale język już odchodzi. Dzieci przechodzą na rosyjski miejski. Starobrzędeckie „zdorowo żywiosz" ustępuje miejskiemu „dzień dobry". Po pięciu latach „w domu" to, co przetrwało sto lat w Brazylii, zaczyna się rozpuszczać w Rosji.

Swoi jako surowiec

Złóżmy to w całość. Sto lat temu państwo rosyjskie uznało własne chłopstwo za daninę — surowiec do wyciśnięcia na rzecz wyższego celu. Zlikwidowało inicjatywę u źródła i nigdy jej nie odbudowało. Garstka tej inicjatywy przetrwała na drugim końcu świata. Państwo sprowadziło ją z powrotem — bo wizerunkowo „swoi wracają do domu" jest bezcenne — i zostawiło ją tej samej strukturze, która sto lat wcześniej dobiła jej przodków. Banki podnoszące pięć procent do trzydziestu. Sądy po stronie Michalowa. Piasek w silniku. Brak programu, który stać każdą poważną gospodarkę. Ochrona zależna od jednego listu.

„Swoich nie porzucamy" to zdanie z czołgu. Na sojowych polach Primorja znaczy ono coś przeciwnego: swoich sprowadzamy, kiedy są symbolem, i porzucamy, kiedy trzeba ponieść koszt.

Skala mówi resztę. Program przesiedlenia rodaków od 2006 roku objął ponad milion dwieście tysięcy osób — na papierze imponująco. Ale w 2024 roku przyjechało po nim do Rosji trzydzieści jeden tysięcy ludzi, najmniej od 2011. W 2025 — dwadzieścia sześć tysięcy, o szesnaście procent mniej. Państwo, które branduje wojnę troską o swoich, ma program powrotu swoich kurczący się rok po roku. Abraham Kaługin nie jest wyjątkiem od tej statystyki. Jest jej twarzą.

Po lewej 1,2 mln ludzi objętych programem przesiedleń rodaków w latach 2006–2024, narastająco. Po prawej napływ roczny: 64 800 w 2022 roku, 31 700 w 2024 — najmniej od 2011 — i 26 700 w 2025, o 16% mniej rok do roku.
Źródło: wykres własny; dane i odnośniki w tekście

Trzy rzeczy, żeby nie przedobrzyć. Żadnego spisku tu nie ma — nikt nie zaplanował upadku Abrahama Kaługina; działa struktura, nie intryga, bo instytucje, które potrafią obsłużyć Rużagro, nie były budowane pod farmera z sześćdziesięcioma milionami długu. A skoro państwo ma zdolność zrobić inaczej, jego bezczynność trzeba czytać jako decyzję, nie jako pech. Starobrzędcy też nie są aniołami: mają normalne wady, część konfliktów z miejscowymi jest również o ich własne winy, i Pivovarow uczciwie tego nie wygładza. Wreszcie — to diagnoza, nie program. Pivovarow nie pisze postulatów i ja też nie będę.

A jednak kontrfaktyczne pytanie zostaje, i jest twarde jak gleba w Goiás przed wapnem. Ci sami ludzie, z tym samym kapitałem kulturowym, w Brazylii w dwadzieścia lat zrobili z bezwartościowej ziemi jedną z najdroższych w kraju. Potrzebowali do tego dwóch procent na piętnaście lat — i państwa, które nie przeszkadza. Dostali jedno i drugie. W Rosji dostali trzydzieści procent, powódź bez ubezpieczenia, Michalowa i piasek w silniku.

Rosja nie potrzebuje sprowadzać swoich z Brazylii. Ona potrzebuje przestać mielić tych, których już ma.


Pierwodruk: X Article, 13.06.2026
Do cytowania: Denis Salnikov, „„Swoich nie porzucamy”: historia repatriantów staroobrzędowców”, Analiza Wschodu, 13.06.2026, https://analizawschodu.pl/teksty/staroobrzedowcy.html
Tekst © Denis Salnikov. Cytowanie z podaniem źródła i linku — proszę bardzo. Przedruk całości albo użycie wykresu po ustaleniu: ds@analizawschodu.pl

* Grafiki oznaczone gwiazdką są ilustracją poglądową i mogą zawierać elementy wygenerowane przez AI. Wykresy, osie czasu i tabele gwiazdki nie mają — ich liczby pochodzą ze źródeł podanych pod nimi.

Kontakt ds@analizawschodu.pl
Do programu (do przeklejenia): Denis Salnikov — analityk Rosji i Europy Wschodniej. 26 lat w Rosji: Krasnodar i Moskwa; od kwietnia 2022 w Polsce. Absolwent i prelegent Szkoły Przywództwa Instytutu Wolności, słuchacz Studium Europy Wschodniej UW. Panelista Krynica Forum 2026. Autor serii #ZrozumiecRosje i #KierunekWschodni. Panele i wykłady po polsku, angielsku i rosyjsku.

Odpowiem, czy to coś, w czym mogę pomóc. Jeśli nie — powiem, do kogo warto się zwrócić.

Bieżąca analityka: @denissalnikovpl
#KierunekWschodni · #ZrozumiecRosje

Polityka prywatności · NIP 6751774248 · Tekst © Denis Salnikov