Analiza Wschodu
Zrozumieć Rosję

Wszędzie i nigdzie: kolektywne unikanie

Rosyjskie poparcie dla wojny ma osobliwą cechę: otacza je cisza. Czwarty rok pełnoskalowej inwazji nie przyniósł ani masowego entuzjazmu, ani masowego sprzeciwu — przyniósł coś trzeciego, znacznie trudniejszego do opisania jednym słowem: stan, w którym wojna jest jednocześnie wszechobecna i niewidoczna, a większość ludzi nauczyła się żyć, nie patrząc wprost na to, co dzieje się obok.

Rodzina przy kuchennym stole, nad głowami puste dymki; na telewizorze mapa z czerwoną literą Z.
Grafika poglądowa*

Najbardziej precyzyjny opis tego stanu dali ostatnio Sam Greene i Graeme Robertson — pierwszy w King's College London, drugi na University of North Carolina — w analizie opublikowanej przez Re: Russia. Ich diagnoza jest chłodna i pozbawiona złudzeń: dzisiejsza Rosja to „kolektywnie podtrzymywana równowaga", w której obywatele jednocześnie przystosowują się do wojny, dystansują się od jej skutków i, co najważniejsze, odtwarzają warunki pozwalające jej trwać. To stan zarządzany: entuzjazm dawno wygasł, opór nigdy nie nabrał masy, a system trwa na tym, co zostało pośrodku.

Patrzą na to samo zjawisko z dwóch stron. Jekaterina Szulmann opisuje je od góry, jako kompakt elit „nigdy więcej" i politykę, którą Maria Lipman nazwała kiedyś demobilizacją i pacyfikacją zamiast pojednania. Danielle Lussier (PONARS Eurasia) pokazuje je od dołu, w postaci instytucji, które zamieniają niezadowolenie obywatela w prywatną skargę, zanim zdąży stać się polityką. A wewnątrzrosyjska akademia potwierdza to samo od strony danych: lojalność rośnie tam, gdzie ludzie czują, że pasują do otoczenia.

Stawka jest prosta i niewygodna dla obu stron sporu o Rosję. Ta stabilność trzyma się na praktyce — na milionie drobnych, codziennych decyzji o tym, by nie pytać, nie mówić, nie wychylać się. Wojna toczy się rękami samego społeczeństwa. Ten artykuł jest próbą rozłożenia tej praktyki na cztery mechanizmy, które ją trzymają.

Od „krymskiego syndromu" do chłodnej lojalności

Zacznijmy od kontrastu, który sami Rosjanie zauważają najmniej chętnie. Aneksja Krymu w 2014 roku wywołała autentyczny zryw. Rejtingi Putina skoczyły gwałtownie, a ich źródłem — jak pokazują autorzy w swoich wcześniejszych pracach (Affect and Autocracy) — był mechanizm społeczny: rosnąca uwaga poświęcana newsom napędzała intensywność rozmów o nich w gronie bliskich, a te rozmowy generowały falę pozytywnych emocji. Sama zdobycz terytorialna była tylko iskrą. Ludzie czuli do Putina miłość i wdzięczność, a wraz z nimi ostre poczucie dumy i podwyższony optymizm. Kirył Rogow nazwał ten stan „krymskim syndromem".

Pełnoskalowa inwazja z 2022 roku nie powtórzyła tego stanu. Nie ma drugiego „krymskiego syndromu" — nie ma porównywalnej euforii, nie ma masowego zrywu wokół flagi. Zamiast eksplozji emocji jest płaska, wyuczona zgoda. Co istotne, mechanizm zarażania emocjami, który w 2014 roku działał na korzyść Kremla, dziś działa w trybie odwrotnym: skoro ludzie unikają rozmów o wojnie, nie ma czego rozprzestrzeniać. Fala potrzebuje przewodnika. Milczenie jest izolatorem.

Poparcie po 2022 roku zostało. Zniknął jego żar. W 2014 roku emocja była zaraźliwa, bo ludzie chcieli o niej mówić; duma karmiła się rozmową, rozmowa karmiła dumę. W 2022 ten sam obieg został przerwany u źródła: o pełnoskalowej wojnie się nie rozmawia, więc nie ma czego przekazywać dalej. Kreml dostał poparcie, ale stracił jego emocjonalny napęd. Z punktu widzenia stabilności to paradoksalnie wygodne — emocja, która nie krąży, nie może też gwałtownie opaść — ale oznacza zarazem, że pod spodem nie ma rezerwuaru entuzjazmu, po który dałoby się sięgnąć w razie kryzysu.

Dyptyk: po lewej rok 2014 — czerwony tłum z flagami i uniesionymi pięściami, po prawej rok 2022 — ten sam tłum szary i milczący.
Grafika poglądowa*

Potwierdzają to nawet twarde dane o nastrojach. Sam Re: Russia zauważa, że tak po Krymie, jak i po 2022 roku okres podwyższonej lojalności trwał mniej więcej cztery lata — i właśnie wchodzi w fazę spadku. Implikacja jest niewygodna dla wszystkich: dzisiejsza stabilność stoi na nawyku, a nawyku nie obali żaden akt zdemaskowania. Nawyk znosi się trudniej niż wiarę — nie trzeba go bronić, wystarczy powtarzać.

Nieemocjonalna większość

Rdzeniem tej konstrukcji jest grupa, którą Greene i Robertson nazywają nieemocjonalną większością. W lipcu 2025 roku przeprowadzili internetowy sondaż na kwotowej próbie dwóch tysięcy osób. Rozłożył on rosyjskie nastroje na trzy nierówne części. Nieco ponad jedna czwarta respondentów deklaruje silne pozytywne emocje wobec sytuacji politycznej: dumę, zaufanie do władzy, wysokie poparcie dla Putina i paternalistyczne przywiązanie do państwa jako dostawcy dóbr. Znacznie mniejsza grupa, około pięciu procent, reaguje ostro negatywnie, aż po złość i pogardę. Pozostałe mniej więcej dwie trzecie to dominujący klaster ludzi, którzy popierają system bez żadnych silnych uczuć.

To właśnie ta środkowa masa jest kluczem do całej układanki — i to ona najbardziej kłóci się z obrazem „rozentuzjazmowanej putinowskiej Rosji". Bo ci ludzie nie są zadowoleni. Mniej niż jedna czwarta z nich jest optymistyczna co do gospodarczej przyszłości kraju, a tylko 18 procent pozytywnie ocenia własne perspektywy finansowe. Niewiele ponad połowa deklaruje zadowolenie ze stanu demokracji w Rosji — wobec 77 procent w grupie z pozytywnymi emocjami — i mniej niż połowa jest usatysfakcjonowana tym, jak Kreml prowadzi wojnę, wobec 71 procent w grupie „entuzjastów".

Co więcej, ta nieemocjonalna większość jest średnio gorzej sytuowana niż twardy elektorat wojenny: osiem procent zgłasza trudności z opłaceniem rachunków, a jedenaście — z zakupem leków, wobec pięciu procent w grupie pozytywnej. Mamy więc ludzi, którym żyje się ciężej, którzy nie wierzą w gospodarkę i nie zachwycają się wojną — a mimo to pozostają lojalni. Pytanie „dlaczego" jest właściwym pytaniem o współczesną Rosję. Odpowiedź brzmi „bo tak jest bezpieczniej".

Pasek struktury emocji: ponad ¼ silnych pozytywnych, ~5% ostro negatywnych, ~⅔ nieemocjonalnej większości. Pod nim trzy odczyty wewnątrz tej większości — 18% pozytywnie o własnych perspektywach finansowych, 8% z problemem z rachunkami, 11% z zakupem leków.
Źródło: wykres własny; dane i odnośniki w tekście

Systemowe usprawiedliwienie

Pierwszy mechanizm, który trzyma tę większość przy systemie, psychologia społeczna nazywa systemowym usprawiedliwieniem (system justification). To gotowość, by widzieć istniejący porządek jako „wystarczająco akceptowalny" i „nieuchronny", nawet wbrew własnemu interesowi materialnemu. Człowiek, który ma kłopot z opłaceniem rachunków, nie wyciąga z tego wniosku, że system zawodzi — wyciąga wniosek, że tak już jest i lepiej się z tym pogodzić, bo każda alternatywa wydaje się gorsza i bardziej niepewna.

Ta „gorsza alternatywa" ma w Rosji konkretną datę. Układem odniesienia dla pokolenia dzisiejszych czterdziesto- i pięćdziesięciolatków są lata 90.: szok cenowy, default 1998 roku, czas, gdy państwo wycofało się z codziennego życia. W tej pamięci liberalna reforma zrównała się z destabilizacją, a „silna ręka" z końcem chaosu. Tu właśnie ma źródło najtrwalszy wzorzec rosyjskiej mentalności — „porządek ważniejszy niż niepewność wolności". Systemowe usprawiedliwienie obywa się dzięki temu bez wizji świetlanej przyszłości; wystarcza mu gorsza przeszłość, do której nikt nie chce wracać. Porządek wydaje się nieuchronny, bo jego jedyną pamiętaną alternatywą jest rozpad.

Mężczyzna opiera dłoń o drzwi; w ich okienku szara ulica z bazarem i czerwonym znakiem rubla.
Grafika poglądowa*

Dowód jest właśnie w tej rozbieżności między sytuacją a postawą. Gdyby lojalność była funkcją dobrobytu, nieemocjonalna większość — gorzej sytuowana, sceptyczna wobec gospodarki — powinna być rezerwuarem niezadowolenia. Nie jest. Trzyma ją jedno zdanie: „lepiej tego nie ruszać". Istniejący porządek staje się naturalny przez sam fakt istnienia; nie musi być dobry, by wydawał się nieunikniony — to, co jest, ma nad wyobraźnią przewagę, której to, co możliwe, nigdy nie zdobędzie.

Trzeba tu uczciwie dopuścić hipotezę, którą emigracyjna optyka chętnie pomija: część tej milczącej większości ma wobec systemu ciche, ale realne przekonanie — popiera go szczerze, bez przymusu. Sprowadzenie stu milionów ludzi do masy wystraszonych konformistów byłoby wygodne i zarazem fałszywe. Dla mechanizmu nie ma to jednak znaczenia. Sami autorzy nie twierdzą, że nikt nie wierzy — pokazują, że stabilności wystarcza zgoda, nawet bez wiary. Szczere przekonanie i wyuczona zgoda dają na poziomie systemu identyczny efekt: brak działania. Dlatego erozja przekonania może nie zmienić nic, dopóki nie pęknie zgoda.

Implikacja jest fundamentalna dla każdego, kto liczy na erozję poparcia wraz z pogarszaniem się warunków. Systemowe usprawiedliwienie zrywa automatyczny związek między biedą a buntem. Pogorszenie materialne samo z siebie nie przekłada się na polityczną zmianę, dopóki ludzie traktują system jako nieuchronny. Bieda staje się kolejnym argumentem za tym, by się nie wychylać — nie przeciw niemu.

Synchronizacja zamiast fanatyzmu

Tu pojawia się najważniejszy ruch analityczny Greene'a i Robertsona — przesunięcie uwagi z osi obywatel–państwo na oś obywatel–otoczenie. Lojalność wobec reżimu podtrzymują nie tylko mechanizmy pionowe, czyli propaganda i represje, ale też poziome: dążenie do synchronizacji z wyobrażoną większością. Sondaż, przypominają autorzy, jest jak każda sytuacja społeczna — człowiek nie tyle ujawnia w nim swoje emocje, ile podejmuje decyzję, jak je pokazać, żeby nie skomplikować sobie życia, nie wywołać dyskomfortu ani konfliktu. To samo robi przy stole w pracy, na rodzinnym obiedzie, w rozmowie z sąsiadem.

Kluczowe jest to, co stoi za tym dostosowaniem. Autorzy wskazują jego źródło: troskę o zachowanie porządku we własnym otoczeniu i unikanie rozłamów. Człowiek milczy, żeby nie zerwać relacji z bratem, szefem, przyjacielem; państwo i jego policja są tu dalszym planem. Najsilniej działa wyobrażenie większości — to, co naszym zdaniem myślą inni, i cena wyłamania się z tego obrazu.

Paradoksalnie potwierdza to badanie z moskiewskiej HSE. Olga Gulewicz i Daniił Czernow, analizując próbę 16 656 Rosjan, pokazują, że pozytywne nastawienie do systemu rośnie tam, gdzie ludzie mają poczucie wpływu i przynależności — a w autorytaryzmie najtańszym sposobem na to poczucie jest zgranie się z tym, co „wszyscy" rzekomo myślą. Praca powstała w politycznie ostrożnym, legitymizującym framingu, ale właśnie dlatego jest mocna: nawet rosyjska akademia, opisując to życzliwie, opisuje ten sam mechanizm. Synchronizacja jest tańsza niż fanatyzm i znacznie trwalsza, bo obywa się bez wiary — wystarcza jej spojrzenie na sąsiada.

Rzędy identycznych szarych twarzy zwróconych w jedną stronę; jedna postać w czerwieni patrzy w przeciwną.
Grafika poglądowa*

Warto dostrzec, jak głęboko to przewartościowuje potoczny obraz rosyjskiego poparcia. Standardowa zachodnia intuicja zakłada pionową strzałkę: państwo nadaje, obywatel odbiera, propaganda formatuje umysły. W tym obrazie wystarczyłoby przeciąć kabel, wpuścić prawdziwą informację, by poparcie runęło. Pokazują przy tym coś trudniejszego: najmocniejsze wiązadło biegnie poziomo, między obywatelem a jego najbliższym otoczeniem, i jest w dużej mierze odporne na fakty. Można przekonać człowieka, że wojna idzie źle, a gospodarka słabnie, i wciąż nie ruszyć jego zachowania — steruje nim spodziewana reakcja otoczenia, a nie sam stan rzeczy. Dezinformację da się obalić informacją. Synchronizacji nie.

Maszyna, która słucha

Synchronizacja społeczna ma swój instytucjonalny odpowiednik — i to jest najmocniejszy dowód, że mówimy o systemie, a nie o nastroju. Opisała go Lussier, w analizie, którą warto czytać razem z Greene'em i Robertsonem. Lussier rozróżnia dwa typy partycypacji politycznej: elite-constraining, która ogranicza władzę (protest, kampania opozycji, budowa partii), i elite-enabling, która ją wzmacnia (kontaktowanie się z urzędnikami, skargi, petycje). Rosjanie konsekwentnie wybierają tę drugą.

Liczby są jednoznaczne. Według sondażu Centrum Lewady z lutego 2019 roku 53 procent respondentów było gotowych podpisać petycję lub list otwarty, a 49 procent zwrócić się do organów władzy wykonawczej — wobec zaledwie 22 procent gotowych wyjść na uliczny protest i 10 procent gotowych kandydować. W kwietniu 2020 roku 13 procent zadeklarowało, że w ciągu roku złożyło skargę lub odwołanie do urzędu, kolejne 13 procent podpisało zbiorowe odwołanie — wobec 3 procent, które wzięły udział w proteście. Po wyborach jest to najczęstsza forma aktywności politycznej w Rosji. Do samego prezydenta wpływa około miliona takich odwołań rocznie (szczyt: 1,1 mln w 2015).

Dwie grupy słupków. Gotowość w lutym 2019: petycja 53%, odwołanie do egzekutywy 49%, protest uliczny 22%. Realny udział w kwietniu 2020: skarga lub odwołanie 13%, petycja 13%, protest 3%. Obok — około miliona odwołań do prezydenta rocznie.
Źródło: wykres własny; dane i odnośniki w tekście

To synchronizacja zbudowana w prawie. Państwo robi z niezadowoleniem coś sprytniejszego niż tłumienie: kanalizuje je. Rosjanin, który ma problem, pisze skargę do „przyjemnej prezydenta" zamiast iść na wiec, bo uważa to za skuteczniejsze i bezpieczniejsze. A przy tym w ogóle nie traktuje tego jak polityki; to dla niego sprawa prywatna. Tradycja sięga prośby do dobrego cara w czasach moskiewskich i sowieckiego paternalistycznego państwa opiekuńczego. Lussier nazywa to dobrowolnym podporządkowaniem (voluntary compliance) i pokazuje, że to ono, a nie sama przemoc, stabilizuje reżim. Maszyna, która pozwala się poskarżyć, nie musi się bać, że ktoś wyjdzie na ulicę.

Ta skłonność ma głęboki grunt w postawach. Paternalizm w Rosji systematycznie rośnie: według Centrum Lewady odsetek obywateli przekonanych, że to państwo powinno troszczyć się o nich i zapewnić im godny poziom życia, wzrósł z 49 procent w 2015 roku do 60 w 2020 i 68 u progu wojny w 2021 — najwyżej od 2006 roku. W tym samym czasie pogląd, że państwo powinno jedynie ustalać „reguły gry", stopniał z 41 do 24 procent, a zwolennicy państwa minimalnego to ledwie 6 procent. Nakłada się na to poczucie bezsilności: trzy czwarte Rosjan uważa, że nie ma żadnego wpływu na decyzje władzy. Te dwie postawy razem, wysokie oczekiwania wobec państwa-opiekuna i przekonanie o własnej bezsilności, są idealnym paliwem dla maszyny skarg. Obywatel, który oczekuje od państwa opieki i nie czuje się jego współgospodarzem, traktuje władzę jak patrona, którego się prosi o pomoc. Ten sam odruch sygnalizowałem już w poprzednim artykule — o staroobrzędcach, którzy wrócili z Brazylii na rosyjski Daleki Wschód.

Dwie linie poglądów na rolę państwa, 2015–2021. „Państwo powinno zadbać o obywateli” rośnie z 49% do 68% — najwyżej od 2006 roku. „Państwo powinno tylko ustalać reguły gry” spada z 41% do 24%.
Źródło: wykres własny; dane i odnośniki w tekście

Kolektywne unikanie jako praktyka codzienności

Codziennym wyrazem tej całej konstrukcji jest kolektywne unikanie — i to jest najmocniejszy obraz całej analizy. Wojna jest jednocześnie wszędzie i nigdzie. Wszędzie: w instytucjach, w retoryce, w literze „Z", w szkolnych „rozmowach o tym, co ważne", w portretach poległych na ścianach klas. Nigdzie: konsekwentnie wypychana z prywatnych rozmów, które zostają płytkie, rytualne, ograniczone do formuł lojalności niezobowiązujących do niczego. Symboliczna wszechobecność i realna nieobecność nie są sprzecznością — są dwiema stronami tej samej praktyki.

Dłoń zamiata żarzące się węgle pod dywan w schludnym salonie; na ścianie zegar i rodzinne zdjęcie.
Grafika poglądowa*

Widziałem ten mechanizm z bliska. Na Forum Praktyk opisywałem fazy psychicznego przystosowania znajomych, którzy zostali w Rosji. Najczęstszą strategią okazywało się milczące przesunięcie tematu: żadnej deklaracji zgody ani sprzeciwu, po prostu „pogadajmy o czymś innym". Trudno nazwać to po prostu tchórzostwem. To technika utrzymania relacji i własnej psychiki w stanie, w którym jedno nieostrożne zdanie potrafi rozbić rodzinę albo skończyć karierę.

Mechanika tej dwoistości jest precyzyjna. Symboliczna wszechobecność wojny działa jako sygnał lojalności — bilboard z literą „Z", minuta ciszy w szkole, portret „bohatera SWO" w gablocie — i właśnie dlatego, że jest rytuałem, nie wymaga przekonania. Można oddać rytuałowi, co rytuałowi należne, a potem wrócić do rozmowy o cenach, daczy i serialu, tak jakby tamto wydarzyło się w innym kraju. Rytuał i unik nie są przeciwieństwami; są zmianą i rewersem tej samej monety. Im więcej symbolicznej obecności na zewnątrz, tym mniej realnej rozmowy w środku — bo jedno zwalnia z drugiego. To pozwala utrzymać iluzję normalności: skoro wszyscy odgrywają te same gesty, można udawać, że nic nadzwyczajnego się nie dzieje.

Ta technika ma głębokie korzenie, sięgające daleko poza 2022 rok. Rosyjska socjolożka Maria Wolkensztejn wspominała moment, gdzieś w latach 2006–2007, kiedy ludzie w grupach fokusowych „nagle zaczęli bać się mówić", odruchowo sięgając po stare sowieckie umiejętności ukrywania się i kluczenia. Kolektywne unikanie nie jest więc wynalazkiem wojny. Jest mięśniem kulturowym, który wojna jedynie reaktywowała. I właśnie dlatego działa tak gładko: nikt nie musiał się go uczyć od nowa.

Atomizacja kontra synchronizacja

Tu trzeba uczciwie zmierzyć się z konkurencyjnym wyjaśnieniem, bo długo dominowało ono w opisach Rosji. W tej starszej ramie kluczowym słowem jest atomizacja — celowa polityka państwa, które, jak mówił w słynnej mowie sądowej Jegor Żukow, „dehumanizuje nas w oczach siebie nawzajem", rozbija więzi i tłumi wspólne działanie, bo w każdym zbiorowym wysiłku widzi zagrożenie. To opis prawdziwy i ważny — opisuje pionowy nacisk z góry, który realnie niszczy poziomą tkankę społeczną.

Ale sam nie wystarcza. Gdyby Rosjanie byli wyłącznie zatomizowani — pojedynczy, nieufni, odcięci od siebie — nie byłoby czego synchronizować. Tymczasem mechanizm jest subtelniejszy: te same poziome więzi, które atomizacja miała zniszczyć, działają jako mechanizm lojalności. Ludzie wciąż oglądają się na siebie nawzajem — tyle że oglądają się po to, by się dostosować, nie po to, by się zorganizować. Atomizacja i synchronizacja nie wykluczają się; opisują dwa różne piętra tego samego gmachu. Państwo rozbija więzi, które mogłyby zagrozić centrum, a pozostawia — albo wręcz wzmacnia — te, które każą jednostce zgrać się z wyobrażoną większością.

Dłoń z nożycami przecina czerwone nici łączące rozproszone sylwetki, a obok zbiera inne w maszerującą kolumnę.
Grafika poglądowa*

Widać to w polityce wprost. Ustawa o „agentach zagranicznych" i likwidacja niezależnych organizacji, od Memoriału po lokalne inicjatywy obywatelskie, wycinają tę tkankę poziomą, z której rośnie partycypacja ograniczająca władzę: protest, partia, samorządna sieć. W ich miejsce państwo wstawia formy kolektywne, które samo kontroluje: Bessmertny Polk, Dwiżenije Pierwych, kolektywy pracownicze, oficjalne parafie. Tam „bycie razem" znaczy „dostrajanie się". Nie przypadkiem łatwiej dziś w Rosji pójść w zorganizowanym pochodzie 9 maja niż zebrać pięć osób we własnej sprawie. Tę samą energię, którą atomizacja odcina od polityki, synchronizacja przekierowuje tam, gdzie umacnia wyobrażoną większość. Państwu wystarcza społeczeństwo, które trzyma się razem wokół centrum, a nie przeciw niemu.

Odłożona destabilizacja

Z tego wynika ostatni i najważniejszy wniosek: odłożona destabilizacja. Cała ta równowaga jest jednocześnie trwała i krucha, bo opiera się na delikatnym, społecznie utrzymywanym balansie subiektywnych ocen. Greene i Robertson sygnalizują, że jeśli oceny sytuacji w kraju będą się dalej pogarszać, a wyobrażony konsensus większości zacznie się chwiać, system może wejść w fazę szybkiej zmiany — bo synchronizacja działa w obie strony. Ten sam mechanizm, który dziś trzyma ludzi przy systemie („wszyscy popierają, więc i ja"), jutro może ich od niego odepchnąć równie stadnie („skoro inni już wątpią, to ja też mogę"). Kaskada lojalności i kaskada jej rozpadu mają tę samą logikę.

Tu jednak konieczna jest dyscyplina, której współczesna analiza Rosji często nie dochowuje. Zdolność do przesilenia nie przesądza o jego nieuchronności. Aleksandr Baunow, analizując koniec trzech europejskich dyktatur — frankistowskiej Hiszpanii, salazarowskiej Portugalii, greckich „czarnych pułkowników" — przypomina, że reżimy rzadko obala sama ulica. Stają się terminalne dopiero wtedy, gdy wojsko przestaje strzelać, a elita przestaje bronić centrum. Bunt Prigożyna w czerwcu 2023 roku był najbliższym takim testem — i został przetrwany oraz „zagospodarowany" przez rozdrobnienie struktur siłowych, tak by żaden korpus oficerski nie zadziałał jak grecki w 1974. Kolektywne unikanie kupuje reżimowi dokładnie to, czego potrzebuje najbardziej: czas, w którym nikt nie musi wybierać.

Można tu wykonać prosty eksperyment kontrfaktyczny. Gdyby ta sama nieemocjonalna większość czuła, że jej prywatne wątpliwości podziela już otoczenie — że „wyobrażona większość" przechyliła się na drugą stronę — żaden dodatkowy fakt o wojnie ani o gospodarce nie byłby potrzebny, by lojalność zaczęła się osypywać. Nie zmieniłyby się dane; zmieniłaby się ich społeczna interpretacja. Dlatego moskiewski tabloid „Moskowskij Komsomolec" streścił to kiedyś celniej niż niejeden think tank: ludzie udzielają władzy „cichego poparcia — aż przestaną". Mark Galeotti dopowiadał, że nawet Rosjanie są świadomi nietrwałości władzy i nie są gotowi pobłażać żadnemu przywódcy w nieskończoność.

Najtrafniej widzieć tę lojalność jako społeczną technologię zarządzania lękiem. Rosjanin, który unika tematu wojny, chroni siebie. Iluzja normalności robi dwie rzeczy naraz: osłania psychikę milionów przed ciężarem współudziału i jednocześnie utrzymuje wojnę w ruchu, bo maszyna, której nikt głośno nie kwestionuje, nie ma powodu się zatrzymać. To łączy się z wcześniejszymi ramami tego cyklu — z „Kultem Zwycięstwa", zasobem, który zjadł sam siebie, oraz z „państwem nieprzyjaznym jako wymówką": za każdym razem chodzi o to samo przeniesienie odpowiedzialności gdzie indziej, byle nie na siebie.

Sylwetki idą po cienkim lodzie; pod taflą zatopione czołgi i dron, za jedną z postaci ciągnie się czerwony ślad.
Grafika poglądowa*

Rosyjska normalność jest cienką taflą lodu, po której wygodniej iść, póki wszyscy idą tak samo ostrożnie — a wojna toczy się pod spodem, w ciemnej wodzie, której nikt nie chce zacząć oglądać.


Pierwodruk: X Article, 16.06.2026
Do cytowania: Denis Salnikov, „Wszędzie i nigdzie: kolektywne unikanie”, Analiza Wschodu, 16.06.2026, https://analizawschodu.pl/teksty/kolektywne-unikanie.html
Tekst © Denis Salnikov. Cytowanie z podaniem źródła i linku — proszę bardzo. Przedruk całości albo użycie wykresu po ustaleniu: ds@analizawschodu.pl

* Grafiki oznaczone gwiazdką są ilustracją poglądową i mogą zawierać elementy wygenerowane przez AI. Wykresy, osie czasu i tabele gwiazdki nie mają — ich liczby pochodzą ze źródeł podanych pod nimi.

Kontakt ds@analizawschodu.pl
Do programu (do przeklejenia): Denis Salnikov — analityk Rosji i Europy Wschodniej. 26 lat w Rosji: Krasnodar i Moskwa; od kwietnia 2022 w Polsce. Absolwent i prelegent Szkoły Przywództwa Instytutu Wolności, słuchacz Studium Europy Wschodniej UW. Panelista Krynica Forum 2026. Autor serii #ZrozumiecRosje i #KierunekWschodni. Panele i wykłady po polsku, angielsku i rosyjsku.

Odpowiem, czy to coś, w czym mogę pomóc. Jeśli nie — powiem, do kogo warto się zwrócić.

Bieżąca analityka: @denissalnikovpl
#KierunekWschodni · #ZrozumiecRosje

Polityka prywatności · NIP 6751774248 · Tekst © Denis Salnikov