Analiza Wschodu
Kierunek Wschodni

Kto ma prawo powiedzieć „kolonializm"?

Na papierze to była kameralna akademicka rada przy Rosyjskim Towarzystwie Wojskowo-Historycznym: eksperci z Rosji i Kirgistanu mieli uzgodnić wspólne podręczniki historii. W praktyce spotkanie skończyło się na jednym słowie — „kolonializm" — i pełnoskalowej wojnie o pamięć.

Rosyjscy historycy — z Andriejem Bykowem na czele, który użycie słowa „kolonializm" nazwał wprost „modą" — zaproponowali, by w kirgiskich podręcznikach zastąpić je terminami typu „administracja" czy „działania administracyjne", rzekomo bardziej „neutralnymi". Autorzy z Biszkeku odmówili, a Tyncztykbek Czorotegin później nazwał sam pomysł wspólnego podręcznika „niemożliwym" i „haniebnym" przy utrzymaniu rosyjskiej, szowinistycznej optyki.

Karta z cytatem kirgiskiego historyka Tyncztykbeka Czoroteginа: sam pomysł wspólnego podręcznika jest nie do zrealizowania, dopóki Rosja zajmuje stanowisko szowinistyczne i imperialistyczne.
Źródło: wykres własny; dane i odnośniki w tekście

Moskwa zareagowała zgodnie z podręcznikiem: Rybar oburza się, że „sojusznicze" państwo, korzystające z rosyjskich preferencji, mówi o „kolonialnym ucisku", a Kommiersant odrabia pracę domową, dowodząc, że Turkiestan był deficytową prowincją i nie przypomina brytyjskich Indii, więc słowo „kolonia" to przesada. Kirgisi odpowiadają, że chcą nazywać swoją historię tak, jak ją przeżyli — i że ich doświadczenie aż za dobrze mieści się w klasycznych definicjach kolonializmu.

Moskwa: „administracja" zamiast „kolonializmu"

Przebieg moskiewskiego posiedzenia jest dziś dość dobrze udokumentowany — od relacji Kommiersanta po publiczne wpisy samych kirgiskich historyków. Strona rosyjska wyszła z założenia, że termin „kolonializm" jest „co najmniej dyskusyjny, jeśli nie błędny", i że wystarczy go zamienić na „administrację", by pozbyć się „negatywnych konotacji".

Autorzy kirgiskich podręczników, w tym Czorotegin (historia XIX wieku) i Marat Imankulow (XX–XXI wiek), znaleźli się na ławie oskarżonych — ich fragmenty o „szowinistycznej i reakcyjnej polityce władz kolonialnych" oraz „kolonizatorskim zasilu" rosyjskiego imperium zostały przez rosyjskie media przedstawione jako ideologiczna krucjata przeciw „wspólnej historii". Czorotegin w swoich wpisach na Facebooku odpowiada wprost: wspólny podręcznik jest niemożliwy, dopóki Rosja upiera się przy imperialnym słowniku i odmawia uznania kolonialnego charakteru swojej obecności w regionie.

Moskwa wymusza tu coś więcej niż korektę słownika — żąda od Biszkeku rezygnacji z kategorii, która jako jedyna pozwala opisać asymetrię w relacji z centrum.

Semantyczna sztuczka: „kolonizacja" ≠ „kolonializm"?

Posiedzenie przy długim stole w zabytkowej sali: flagi Rosji i Kirgistanu, tabliczki z nazwiskami, delegaci po obu stronach.
Źródło: Rosyjskie Towarzystwo Historyczno-Wojskowe

Kommiersant wykonuje tu manewr semantyczny. Gdy kirgiski historyk Eleri Bitikchi przywołuje imperialny zbiór „Woprosy kolonizacii" z lat 1907–1917 jako dowód, że sama Rosja używała języka kolonizacji wobec Turkiestanu, autorka z Moskwy oskarża go o anachronizm. Tłumaczy, że w ówczesnym żargonie administracyjnym „kolonizacja" miała rzekomo znaczyć tylko „politykę przesiedleńczą, zagospodarowanie ziemi i rozwój gospodarczy", a nie „kolonializm" w sensie postkolonialnych studiów.

Problem w tym, że z perspektywy współczesnych badań nad imperiami dokładnie te praktyki — militaryzowana ekspansja, osadnictwo, przejmowanie ziemi, podporządkowanie struktur władzy centrum — są rdzeniem relacji kolonialnych. Rosyjskie prace o Turkiestanie bez wahania nazywają go regionem kolonialnym, opisują podbój, separację systemów prawnych i podporządkowanie gospodarki potrzebom metropolii.

„Anachronizm" staje się więc tarczą: ma chronić rosyjską pamięć przed nałożeniem tych samych pojęć, które stosujemy do innych imperiów XIX–XX wieku.

Liczby, które mają uniewinnić

Drugi filar rosyjskiej argumentacji to budżet. W sekcji „Liczby i fakty" Kommiersant przywołuje sprawozdania: w latach 1867–1881 dochody z Turkiestanu miały wynieść ponad 32 mln rubli, podczas gdy wydatki sięgały niemal 100 mln — region był więc „głęboko deficytowy", „dopłacany". Do tego cytat z Nesselrode'a o „ciszy i spokoju" jako celu Rosji, a nie o „korzyściach pieniężnych".

W logice tekstu wniosek jest prosty: jeśli imperium wydaje na prowincję więcej niż z niej wyciąga, to trudno mówić o kolonialnej eksploatacji. Tymczasem z perspektywy badań nad imperiami budżet centralny to tylko jedna warstwa — nie obejmuje ani przymusowej pracy, ani asymetrycznych cen w handlu, ani kosztów wymuszonej lojalności politycznej.

Rozłożona księga: na lewej stronie rosyjska mapa imperialna Turkiestanu z dwugłowym orłem, na prawej środkowoazjatycki ornament i rycina z jurtami.
Grafika poglądowa*

Co więcej, imperia inwestowały w „peryferie" z powodów strategicznych, militarnych, prestiżowych — budowa infrastruktury i garnizonów nie wyklucza kolonialnego charakteru relacji; często go właśnie utrwala. Argument „deficytowej kolonii" mówi więc więcej o potrzebie moralnego rozgrzeszenia w Moskwie niż o realnym bilansie władzy.

„Prawdziwy kolonializm" to Indie?

Najbardziej przejrzysty fragment Kommiersanta to ten, w którym rosyjska autorka sięga po najmocniejszy możliwy kontrast — brytyjskie Indie. Tekst przywołuje prace Dylana Sullivana i Jasona Hickela o nadmiarowych śmierciach z głodu, szacuje spadek udziału Indii w światowym PKB z około 25% do kilku procent oraz cytuje Utsę Patnaika o astronomicznej wartości wytransferowanych zasobów.

Na tym tle Turkiestan ma wyglądać niemal jak projekt pomocy rozwojowej: „dotacje", „szpitale", „służby weterynaryjne", brak masowych głodów — więc gdzie tu kolonia? To klasyczny zabieg „nie byliśmy aż tacy źli": jeśli nie osiągnęliśmy brytyjskiego poziomu destrukcji, nie wolno używać wobec nas tego samego języka.

Ten sam gest retoryczny Rosja wykonuje dziś w Afryce: sprzedaje się tam jako „antykolonialny partner", który przeciwstawia się dawnej Francji czy Wielkiej Brytanii. Konkretne narzędzia są inne — w RŚA i Mali to prywatne i państwowe siły zbrojne, bazy wojskowe, koncesje na surowce i wymuszone płatności. W Azji Centralnej to akademickie rady i podręczniki. Wspólne jest jedno: narracja „nie jesteśmy jak Zachód" używana jako tarcza przed oskarżeniami o własne imperialne praktyki.

Problem w tym, że definicje kolonializmu nie wymagają, by każde imperium replikowało najgorszy przypadek. Wystarczy, że spełnia kluczowe kryteria: asymetryczna władza, podporządkowanie terytorium, hierarchie kulturowe, integracja gospodarcza podporządkowana metropolii. To, że Brytyjczycy byli bardziej skuteczni w wywołaniu katastrof demograficznych, nie unieważnia kolonialnego charakteru innych relacji. Raczej pokazuje, jak chętnie każde imperium wskazuje kogoś „gorszego", by samego siebie rozgrzeszyć.

Kirgistan: dekolonizacja od podręczników

Z perspektywy Biszkeku ta dyskusja nie zaczęła się w sali RWiO. Od lat 90. kirgiskie elity intelektualne — z różną intensywnością — przepisują własną historię, próbując wyjść spod ciężaru rosyjskich i sowieckich narracji o „dobrowolnym zjednoczeniu" i „przyjaźni narodów".

Badacze i badaczki opisują rosyjski podbój jako proces militarny i administracyjny, który zmienił struktury własności ziemi i podporządkował lokalne elity centrum; okres sowiecki jako mieszaninę modernizacji i przemocy — od przymusowej sedentarizacji po czystki wśród „najlepszych gospodarczych i partyjnych kadr", które miały oddzielić lud od własnych elit.

Kategoria „kolonializmu" pojawia się tu nie jako modna kalka z zachodnich wydziałów kulturoznawstwa, lecz jako próbny klucz, który lepiej niż język „braterskiego pomagania" uchwytuje doświadczenie podporządkowania i zależności. Kirgiskie debaty nie toczą się tylko w salach rad eksperckich, ale w szerszym polu dekolonizacji obejmującym język, symbole, przestrzeń miejską i sposób, w jaki opowiadana jest przeszłość — projekt Esimde i analitycy tacy jak Elmira Nogoibaeva systematyzują tę pracę od strony archiwów i pamięci.

Już w 2023 roku Aizirek Almazbekova (Kloop.kg) wskazywała w CABAR.Asia, że kirgiska dekolonizacja toczy się w cieniu trzech konkretnych blokad: dominacji rosyjskich mediów na lokalnym rynku, ekonomicznego uwiązania przez setki tysięcy migrantów zarobkowych w Rosji oraz powtarzających się prób Biszkeku, by kopiować rosyjskie ustawodawstwo — od restrykcji wobec mediów po zakaz protestów w pobliżu rosyjskiej ambasady. To wyjaśnia, dlaczego spór o jedno słowo w podręczniku waży tyle, ile waży: jest jednym z niewielu pól, na których kirgiska strona może jeszcze odmówić.

Od 2023 roku konsensus w kirgiskim środowisku akademickim wyraźnie się zacieśnił. Młodsze pokolenie badaczy nie debatuje już, czy sowietyzacja była doświadczeniem kolonialnym — pytanie brzmi, jak ją porównywać z europejską kolonizacją Afryki i Azji. Spór toczony dziś w Moskwie nie jest więc dyskusją między równorzędnymi stronami, lecz presją na środowisko, które wewnętrznie sprawę już rozstrzygnęło.

Biurko z kirgiskimi podręcznikami i zeszytami; nagłówki „КОЛОНИАЛИЗМ: ОПЫТ И ПАМЯТЬ” i „ДЕКОЛОНИЗАЦИЯ”, obok przekreślone „ДОБРОВОЛЬНОЕ СОЕДИНЕНИЕ — ДРУЖБА НАРОДОВ” i kirgiski kałpak.
Grafika poglądowa*

Ośrodek Studiów Wschodnich (@OSW_pl) pisze wprost: agresja Rosji na Ukrainę oraz odczuwalne zagrożenie z jej strony — w tym kwestionowanie przez Kreml przebiegu granic Kazachstanu i obawa przed rosyjskimi atakami hybrydowymi — stały się katalizatorem postaw patriotycznych i „wzmogły dyskurs dekolonizacyjny, toczący się w całej Azji Centralnej (najmniej intensywnie w Turkmenistanie)". Binazir Yusupova (Dublin City University) doprecyzowuje, że Uzbekistan rozpoczął desowietyzację już za prezydentury Karimowa, ale służyła ona wówczas nie civic rethinking, lecz wzmocnieniu samej władzy. W Kazachstanie, jak zauważa Kamila Smagulova (PaperLab), współczesny dyskurs dekolonizacyjny odbywa się horyzontalnie, w sieci aktywistów, artystów i ruchów obywatelskich, bez koordynacji z państwem. To, co widzimy dziś w Biszkeku, nie jest więc odosobnionym wybrykiem autorów podręczników, lecz częścią szerszej regionalnej próby nazwania postsowieckiej zależności własnym językiem.

Państwo chętnie przejmuje niektóre wątki — na przykład podmianę toponimów czy selektywną krytykę ZSRR — ale wszystko, co wychodzi poza oficjalną linię, bywa spychane na margines; podręczniki Czorotegina i Imankulowa są jednym z niewielu miejsc, gdzie ten spór o język widać czarno na białym.

Ukraina: ten sam spór o słowa

Jeśli spojrzymy szerzej, kirgiskie podręczniki wpisują się w ten sam spór o słownictwo, który Ukraina toczy z Rosją od lat.

Ukraińscy historycy coraz częściej opisują zarówno carską politykę wobec Hetmanatu i ziem nad Dnieprem, jak i późniejsze praktyki ZSRR, w kategoriach kolonialnych: rusyfikacja, podporządkowanie gospodarki, niszczenie elit, głód jako narzędzie kontroli. Moskwa odpowiada tym samym repertuarem co w Kirgistanie: oskarżenia o „polityzację", „fałszowanie historii", upór przy narracji „dobrowolnego zjednoczenia" i „braterskiej jedności".

W obu przypadkach stawką jest to, czy można powiedzieć, że rosyjskie panowanie było formą kolonializmu — bez obligo natychmiastowego dopowiedzenia, że „przyniosło też rozwój, szkoły i kolej".

Polska: okupacja czy wyzwolenie

Polski przypadek różni się formą, ale nie logiką. Warszawa nie używa słowa „kolonia" wobec zaborów czy PRL; mówi raczej o „okupacji", „dominacji", „braku suwerenności". Ale gdy polskie instytucje pamięci akcentują podwójną traumę — niemiecką i sowiecką — Moskwa reaguje podobnie jak wobec kirgiskich podręczników: zarzut „fałszerstw", „rusofobii", „plucia na wyzwolicieli".

Spory o pomniki Armii Czerwonej, o Katyń, o interpretację 1944–1945 pokazują tę samą alergię na język, który odmawia Moskwie monopolu na definiowanie własnej roli. Polska i Ukraina mówią o okupacji, Kirgistan o kolonializmie — odpowiedź z Moskwy jest wspólna: zmieńcie słownik, bo inaczej nie ma rozmowy.

Język jako przedłużenie imperium

W kontekście mojego cyklu #ZrozumiecRosje ta opowieść dotyczy języka jako narzędzia władzy. Imperium nie kończy się w momencie wycofania wojsk; trwa w kategoriach, których używają byli poddani, i w presji, jaką centrum wywiera na ich podręczniki, pomniki, programy nauczania.

W Kirgistanie to przybiera formę „wspólnych podręczników" i żądań usunięcia słowa „kolonializm" w zamian za „administrację". W Ukrainie — potępień dekomunizacji i de-rusyfikacji jako „fałszowania historii" oraz uzasadniania wojny odwołaniem do rzekomej „historycznej jedności". W Polsce — dyplomatycznych awantur o to, czy Armia Czerwona była wyzwolicielem, czy nowym okupantem.

Oś czasu sporu o słowo „kolonializm”: podbój Turkiestanu w latach 60. XIX wieku, „Woprosy kolonizacii” 1907–1917, sowiecka doktryna „przyjaźni narodów” w 1936, niepodległość Kirgistanu w 1991 i żądanie rady przy RWiO w 2026 roku.
Źródło: wykres własny; dane i odnośniki w tekście

Równolegle Moskwa zaostrza dyscyplinę w swoim systemie edukacji: kolejne rewizje państwowych podręczników historii wbudowują narrację o „specjalnej operacji" przeciw Ukrainie i wycinają niewygodne wątki. Pojawiają się też próby ograniczenia dostępu do Wikipedii za „fałszowanie historii carskiej, sowieckiej i współczesnej" oraz listy publikacji uznanych za „podważające suwerenność Ukrainy" — to ta sama logika, która każe korygować słownictwo w kirgiskich szkołach.

OSW opisuje dzisiejszą Rosję jako neoimperialną i podkreśla, że z gwaranta ułomnej stabilności postsowieckiego porządku stała się „naczelnym zagrożeniem dla stabilności regionu", zwłaszcza Kazachstanu; korzystne dla Kremla zakończenie wojny przeciw Ukrainie zwiększyłoby ryzyko presji politycznej, a nawet militarnej wobec państw Azji Centralnej. Spór o słowo w kirgiskim podręczniku nie toczy się więc w próżni, lecz w cieniu realnej siły, która nadal chce rozstrzygać, jak daleko sięga suwerenność jej sąsiadów.

W każdym z tych przypadków Moskwa walczy o to, by słowa „kolonia", „okupacja", „imperium" nie przylgnęły do jej własnej historii — bo wtedy trudniej byłoby uzasadniać dzisiejsze roszczenia do „stref wpływów" i „bliskiej zagranicy".

Kirgistan jako barometr

Dlatego spór o jedno słowo w kirgiskim podręczniku jest ważny dla Warszawy i Kijowa — i dla tego cyklu. Rosja nie odrzuca każdego postimperialnego języka — sama chętnie używa imperialnej terminologii, gdy służy ona centrum: od putinowskich nawiązań do carskiej wielkości po koncepcję „russkiego mira" jako geopolityczny program. Odrzuca konsekwentnie ten słownik, który nakłada na nią rolę kolonialnego sprawcy — analogicznego do XIX-wiecznych imperiów Zachodu. Jeśli nawet małe, formalnie sojusznicze państwo w Azji Centralnej nie może w swoich szkolnych książkach użyć tej kategorii, to znaczy, że Rosja systematycznie blokuje każdą perspektywę, w której nie jest własnym narratorem.

Warto wykonać tu prosty eksperyment kontrfaktyczny: gdyby kirgiskie elity intelektualne po 1991 zaakceptowały rosyjski słownik „dobrowolnego zjednoczenia", dzisiejsza rada przy RWiO odbywałaby się bez strony kirgiskiej — nie dlatego, że ktoś by ją wykluczył, ale dlatego, że nie byłoby autorów zdolnych coś odrzucić. Spór jest możliwy tylko tam, gdzie wcześniej ktoś nie ustąpił.

Pod warunkiem że Biszkek nie cofnie się i nie zgodzi na „administrację" zamiast „kolonializmu", ten spór może stać się precedensem: pokaże innym stolicom, że da się utrzymać własny słownik nawet przy ekonomicznej zależności. Jeżeli za kilka lat w kirgiskich podręcznikach zobaczymy jednak miękki, „neutralny" język — trzeba będzie czytać to jako zwycięstwo nie dialogu, lecz presji.

Co z tym może zrobić Polska

Raport OSW opisuje obecną sytuację jako „szczególne okno możliwości" dla UE i Polski: wojna Rosji przeciw Ukrainie osłabiła pozycję Moskwy w Azji Centralnej, zwiększyła zainteresowanie regionem ze strony Zachodu i otworzyła przestrzeń na wzmocnienie suwerenności tamtejszych państw. Autorzy nie ukrywają jednocześnie, że Azja Centralna nie stanie się priorytetowym kierunkiem polskiej polityki zagranicznej, a naturalnym instrumentem działania Warszawy pozostają mechanizmy unijne i współpraca z USA oraz Turcją.

Spór o kirgiskie podręczniki staje się w tym świetle pytaniem operacyjnym: czy Polska chce być obserwatorem regionalnego ładu postimperialnego, czy jego współtwórcą.

Wymiar polityczny. OSW rekomenduje rozwój kontaktów politycznych w regionie oraz wsparcie odporności tych państw wobec rosyjskiej presji. W formatach UE–C5 i Global Gateway warto dopisywać do listy priorytetów nie tylko connectivity i surowce, ale też język suwerenności i prawa tych państw do własnych narracji historycznych. To obszar, w którym polskie środowiska pracujące z pamięcią postsowiecką — Kolegium Europy Wschodniej, Studium Europy Wschodniej (@SEW_UW), ośrodek KARTA — mają realne doświadczenie i sieci kontaktów w regionie. Uzupełniająco Instytut Pamięci Narodowej (@ipngovpl) dysponuje konkretnym zasobem archiwalnym o polskich deportacjach do Kazachstanu, który może służyć za bilateralny punkt zaczepienia.

Wymiar gospodarczy. Rozwój Transkaspijskiego Międzynarodowego Szlaku Transportowego — szerzej „Korytarza Środkowego" — jest wspólnym interesem UE i państw regionu, bo ogranicza zależność od tras przez Rosję. Dla Polski w kontekście Trójmorza i roli Ukrainy oznacza to szansę pozycjonowania się jako naturalny węzeł końcowy tego korytarza. Im mocniej środkowoazjatyckie szlaki da się wpiąć w infrastrukturę regionu, tym mniejsza przestrzeń dla rosyjskich gróźb wobec zarówno Biszkeku, jak i Warszawy. To pole pracy zarówno dla Ministerstwa Spraw Zagranicznych (@MSZ_RP) i resortów infrastruktury, jak i dla @PISM_Poland, który od lat opisuje rosnące znaczenie regionu w globalnej gospodarce, oraz dla agencji wspierających ekspansję polskich firm w kierunku Azji Centralnej (@PAIH_pl).

Wymiar społeczny i migracyjny. Polska jest dziś jednym z głównych kierunków migracji z Azji Centralnej: w 2025 roku na polskich uczelniach studiowało ponad 8,5 tys. studentów z państw regionu, a w październiku 2025 r. w rejestrach widniało około 24 tys. obywateli tych krajów mieszkających w Polsce. OSW sugeruje traktować tę obecność nie tylko jako zasób rynku pracy, lecz jako instrument soft power — inwestycję w przyszłe elity regionu.

Biurko z mapą Eurazji i szlakami wyrysowanymi z Polski do Azji Centralnej, kompas, notes „PARTNERSTWO ZAMIAST ZALEŻNOŚCI”, karta „STRATEGIA 2025–2030” i polski paszport.
Grafika poglądowa*

Widziałem ten mechanizm w Rosji z bliska. Mieszkałem wtedy w Krasnodarze, regularnie bywałem w Moskwie. Między 2004 a 2016 obecność migrantów zarobkowych z Azji Centralnej w rosyjskich miastach rosła wykładniczo — dostawali ponad połowę wszystkich pozwoleń na pracę — a wraz z nią rosła nacjonalistyczna presja wokół nich. Rosyjskie media systematycznie nagłaśniały każde przestępstwo z udziałem migranta, choć statystyki pokazywały, że migranci odpowiadali za jednocyfrowy odsetek wszystkich przestępstw; Sova Center udokumentowała setki ataków na tle nienawiści w samym moskiewskim regionie. Atak na Crocus City Hall w marcu 2024 — przeprowadzony przez obywateli Tadżykistanu — stał się katalizatorem instytucjonalnego backlashu: w tygodniu po zamachu liczba spraw sądowych przeciw migrantom wzrosła o 70%, a latem 2024 znowelizowano prawo, umożliwiając deportacje bez orzeczenia sądu. To, co Polska dostaje teraz jako kierunek migracyjny, jest po części przekierowaniem od Rosji, która przestaje być atrakcyjnym rynkiem dla osób, które jeszcze niedawno jechałyby do Moskwy.

Strategia migracyjna 2025–2030 nie powinna powtarzać rosyjskiego modelu „taniej, wymiennej siły roboczej": potrzebuje realnych ścieżek integracyjnych, ochrony przed segmentacją rynku pracy zamykającą migrantów w najniższych segmentach, oraz świadomej polityki wobec diaspor — traktowanej jako sieć kontaktów z regionem, nie jako problem porządku publicznego.

Stawka jest większa niż integracja: to samo pole jest dziś instrumentem wojny hybrydowej. W Rosji państwo i służby wielokrotnie grały na nastrojach antyimigranckich — tolerując lub inspirując przemoc, a potem używając jej do wzmacniania aparatu represji. Podobny repertuar widać w rosyjskich i białoruskich operacjach wobec granic UE oraz w próbach podsycania konfliktów wokół uchodźców z Ukrainy. Jeśli Polska będzie traktować migrantów z Azji Centralnej wyłącznie jako łatwo zastępowalną siłę roboczą, kilka incydentów wystarczy, by zbudować wokół nich kampanię destabilizującą.

Wymiar historyczno-wartościowy ma w polskiej debacie długą genealogię. W dwudziestoleciu międzywojennym ruch prometejski próbował budować sieć kontaktów z elitami narodów zniewolonych przez ZSRR — od Gruzinów, Azerów i Ukraińców po przedstawicieli narodów Azji. Dzisiejsza Polska nie jest II RP i nie ma tamtej swobody działania, ale lekcja pozostaje: polityka wobec imperium i jego peryferii to nie tylko granice i armie, lecz także praca z pamięcią, językiem i elitami politycznymi po obu stronach. OSW, Kolegium Europy Wschodniej, Studium Europy Wschodniej UW i ośrodek KARTA mogą tu — każdy ze swojej pozycji — współtworzyć przestrzeń, w której doświadczenie polskie (zaborów, PRL, dekomunizacji) spotyka się z doświadczeniem kirgiskim czy kazachskim bez paternalizmu, ale i bez fałszywej symetrii.

Jeżeli ten ruch się powiedzie, Polska przestanie być wyłącznie konsumentem dekolonialnej retoryki wobec Rosji i stanie się jednym z podmiotów, które współtworzą język postimperialnej Europy — takiej, w której Kirgistan, Kazachstan czy Uzbekistan nie są już tylko „zapleczem surowcowym", ale partnerami opowiadającymi własnym głosem, czym był rosyjski kolonializm i czym chciałyby go zastąpić.

Pamięć, która nie może nazwać relacji po imieniu, przestaje być pamięcią — staje się instrukcją obsługi cudzego imperium.


Pierwodruk: X Article, 28.05.2026
Do cytowania: Denis Salnikov, „Kto ma prawo powiedzieć „kolonializm"?”, Analiza Wschodu, 28.05.2026, https://analizawschodu.pl/teksty/kolonializm.html
Tekst © Denis Salnikov. Cytowanie z podaniem źródła i linku — proszę bardzo. Przedruk całości albo użycie wykresu po ustaleniu: ds@analizawschodu.pl

* Grafiki oznaczone gwiazdką są ilustracją poglądową i mogą zawierać elementy wygenerowane przez AI. Wykresy, osie czasu i tabele gwiazdki nie mają — ich liczby pochodzą ze źródeł podanych pod nimi.

Kontakt ds@analizawschodu.pl
Do programu (do przeklejenia): Denis Salnikov — analityk Rosji i Europy Wschodniej. 26 lat w Rosji: Krasnodar i Moskwa; od kwietnia 2022 w Polsce. Absolwent i prelegent Szkoły Przywództwa Instytutu Wolności, słuchacz Studium Europy Wschodniej UW. Panelista Krynica Forum 2026. Autor serii #ZrozumiecRosje i #KierunekWschodni. Panele i wykłady po polsku, angielsku i rosyjsku.

Odpowiem, czy to coś, w czym mogę pomóc. Jeśli nie — powiem, do kogo warto się zwrócić.

Bieżąca analityka: @denissalnikovpl
#KierunekWschodni · #ZrozumiecRosje

Polityka prywatności · NIP 6751774248 · Tekst © Denis Salnikov